Biżuteryjną pasję Kasia Suchecka prowadząca bloga Panna Kajka Dzierga łączy z pasją do muzyki. Nie są to jednak „kawałki” z popularnych stacji radiowych – często bardzo rytmiczne i z błahymi tekstami. Kasia stawia poprzeczkę nieco wyżej, oto czego w czasie koralikowania słucha miła, długowłosa Panna Kajka :).


Dzisiaj zabieram Was w muzyczną podróż z koralikami w tle. Często, kiedy koralikuję, mam włączoną na mp4 albo na komputerze jakąś muzykę, aby umilała mi czas (chyba, że w telewizji właśnie leci kolejny odcinek „Zabójczych umysłów”, to wtedy nawet koraliki idą w odstawkę 😉 ). Przygotowałam całkowicie subiektywną listę kilku płyt, które towarzyszą mi ciągle i należą do moich ulubionych. Słucham wielu rodzajów muzyki, ale duszę zaprzedałam muzyce rockowo-metalowej i to takie płyty królują w większości na mojej półce, chociaż jest kilka interesujących wyjątków. Ciekawa jestem, czy któraś z moich propozycji przypadnie Wam do gustu, a może sami słuchacie któregoś z tych twórców? 🙂

Swoją przygodę z muzyką metalową zaczęłam od fińskiego zespołu Nightwish, grającego metal symfoniczny. (Nie bójcie się jednak, w 95% śpiewają piosenki po angielsku, a nie w swoim rodzimym, niezrozumiałym dla zwykłego zjadacza chleba języku 😉 ) Od swojego powstania ponad 20 lat temu w małym Kitee, jest właściwie mistrzem gatunku i inspiracją dla kolejnych pokoleń muzyków. To oni jako pierwsi połączyli ostry metal z głębokim, operowym głosem pierwszej wokalistki. Pierwszej, bo w ciągu swojej historii mieli ich łącznie trzy, ale nie miało to wpływu na pewną bajkowość granej przez nich muzyki, przywodzącą trochę na myśl fińskie lasy i ukryte tam magiczne stworzenia 😉

Myliłby się jednak ten, który twierdzi, że muzyka metalowa to przede wszystkim dużo ostrych, gitarowych riffów i tekstów o bajkach, wróżkach i Tolkienie (chociaż należy nadmienić, że główny kompozytor muzyki i autor słów piosenek, Tuomas Holopainen, uwielbia muzykę filmową, bajki Disneya i literaturę fantasy). Ostatnia płyta zespołu, „Endless Forms Most Beautiful” niemalże w całości nawiązuje do teorii ewolucji i nauki samej w sobie, w szczególności do książek „O pochodzeniu gatunków” Karola Darwina oraz „Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji” oksfordzkiego ewolucjonisty Richarda Dawkins, tłumaczącej zjawisko ewolucji oraz obalającej argumenty negujące istnienie tego procesu. Brzmi zawile i, uwierzcie, to wielkie tomiszcze nie jest książką na jeden jesienny wieczór. Czytałam tylko fragmenty, bo książka jest trudno dostępna w kraju, a nie czuję się na tyle pewnie w temacie, aby czytać ją po angielsku.

Wyszło sporo teorii, ale zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy siedzą w takiej niszy muzycznej, a trochę chciałam Wam ją przybliżyć 😉

Z kompozycji na płycie mogę na pewno polecić „My Walden”, inspirowaną mocno celtyckimi klimatami dość łagodną piosenkę, która początek ma w języku walijskim. Walijczykiem jest jeden z członków zespołu, multiinstrumentalista Troy Donockley. Dla lubiących nieco cięższe brzmienia – tytułowe „Endless Forms Most Beautiful”, której tekst jest mocno inspirowany popularnonaukową powieścią wspomnianego Dawkinsa „The Ancestor’s Tale”, przybliżającą historię ewolucji ludzkości. Ta pozycja, niestety, nie jest wydana po polsku. Dla bardziej ambitnych i wytrzymałych – „The Greatest Show on Earth”, dwudziestoczterominutowy hołd dla historii Ziemi i ewolucji wszystkich żywych istnień, gdzie orkiestra symfoniczna i odgłosy zwierząt (żaden zwierzak nie brał udziału w nagrywaniu albumu 😉 ) mieszają się ze sobą i z głosami wokalistów, Holenderki Floor Jansen i Fina Marko Hietali.

Jeśli z ciężkim brzmieniem Wam nie po drodze, spokojnie. Na albumie jest również piękna, wzruszająca ballada „Our Decades in the Sun”, którą członkowie zespołu napisali, każde z osobna, w podzięce dla swoich rodziców oraz w całości instrumentalna „The Eyes of Sharbat Gula”, gdzie tylko z cicha słychać chór chłopięcy. Inspirowana najsłynniejszą okładką „National Geographic”, w dobie bezsensownych wojen rozbrzmiewa szczególnie mocno.

Nie byłoby holenderskiej Epici, gdyby wokalistka tegoż zespołu, Simone Simons, nie kupiła kiedyś jednej z pierwszych płyt Nightwish i nie zapragnęła nauczyć się śpiewu operowego. Jeśli jednak fiński metal symfoniczny jest dla Was za ciężki, to tutaj będziecie już w pełni „przygnieceni”, bo Epica połączyła delikatny, operowy śpiew z ostrym, męskim growlem. Z angielska czasownik „growl” oznacza „warczeć” i właściwie oddaje to istotę sprawy, chociaż tutaj growl Marka Jansena jest dużo bardziej zrozumiały niż naszego rodzimego Nergala, którego growl jest growlem ekstremalnym 😉

Nie jest to zespół łatwy w odbiorze ani w warstwie muzycznej, ani tekstowej, mimo to, postaram się Was zachęcić. Niemal każdy z ich albumów jest albumem koncepcyjnym, łączącym piosenki w jakąś jedną tematyczną całość. Muzycy nigdy nie bali się trudnych tematów, w swoich utworach poruszając takie kwestie jak chociażby religijność człowieka, wpływ ludzkości na degradację środowiska, odpowiedzialność za los cywilów w czasie wojny czy… fizyka kwantowa. (Tak, nie przesłyszeliście się. Fizyka. Kwantowa.)

Najnowszy pełny album, „The Holographic Principle”, porusza problem rozwoju ludzkości, a konkretnie, rozwoju wirtualnej rzeczywistości, sztucznej inteligencji, rozwoju medycyny, która potrafi sprawić, że możemy z dnia na dzień stać się kimś innym. Czy nie zatrzemy kiedyś granic i rzeczywistość nie stanie się tylko hologramem, odbiciem rzeczywistości wirtualnej, która to stanie się tą prawdziwą? Z drobnymi wyjątkami, tego właśnie dotyczy ten album.

Trudno wybrać coś, co będzie trafiało do szeroko pojętego mainstreamu, ale spróbuję 😉 Na pewno jedną z prostszych w odbiorze muzycznym piosenek będzie „Universal Death Squad”, opowiadająca o robotach, które zaprogramowane są tak, aby walczyć zamiast ludzi na polach walki… i w końcu się buntują. To pytanie, będące niezwykle na czasie – jak daleko sięgać z rozwojem sztucznej inteligencji i kiedy (bo już nie „czy”) ona wymknie się nam z pod kontroli. „Dancing in the Hurricane” to piosenka niepasująca do koncepcji albumu, ale jak najbardziej pasująca do obecnych czasów. To utwór, którego początek jest nieco folkowy, przyjemnie wpada w ucho, dopiero potem wchodzi growl… A, że słychać tam bliskowschodnie nuty? Jak najbardziej powinny tam być, bo to odpowiadająca na kryzys związany z uchodźcami piosenka o dzieciach, które dorastają tam, w środku wojny, w środowisku zupełnie do tego nieodpowiednim. W miejscu, gdzie nie chcielibyśmy zmuszać do dorastania żadnego z naszych dzieci…

Dla odważniejszych – „Edge of the Blade”, opowiadająca o współczesnym pędzie do bycia pięknym, idealnym, perfekcyjnym, o przesadnym dbaniu o własny wygląd, co doprowadza do tego, że zapominamy o posiadaniu równie pięknego wnętrza.

Mały bonus na koniec – jeśli chcecie się zapoznać z Epicą, ale growl i ostre dźwięki Was przerażają, to w wydaniu specjalnym „The Holographic Principle” jest płyta z pięcioma piosenkami nagranymi w wersji akustycznej, gdzie twórcy trochę bawią się stylami muzycznymi. Można popodziwiać boski głos Simone 🙂

Już jest lżej, już jest łatwiej, chociaż wracamy do Finlandii. Myślę, że ta propozycja spodoba się większości 😉 Brother Firetribe to zespół, który jako swój projekt poboczny stworzył gitarzysta wspomnianego wyżej Nightwish, Emppu Vuorinen. Jeśli lubicie lekki rock rodem z lat 80., jeśli kiedyś słuchaliście Szwedów z Europe, to ten zespół jest dla Was! Chłopaki grają prosty, wpadający w ucho, melodyjny rock, który rozchmurzy nawet naszą polską, deszczową i szarą jesień 😉 Nie jest to ani trudne w odbiorze, jak dwa powyższe zespoły, nie ma skomplikowanych tekstów wymagających głębszego tłumaczenia, jest tylko lekkość, radość i podnoszenie na duchu. Mnie zawsze ich piosenki bardzo pozytywnie nastrajają, chce mi się tańczyć i śpiewać, chociaż dla dobra ludzkości nie robię ani jednego, ani drugiego 😉 Jedynym małym minusikiem, jaki mogłabym postawić, to fakt, że po kilku przesłuchaniach piosenki zaczynają się zlewać jedna z drugą, właśnie przez wzgląd na prostotę kompozycji. Niemniej, jest to kawał porządnej muzyki, na tyle lekkiej, że wpada w ucho i odciąża mózg, a jednak z tekstami, które coś opowiadają i nie są o niczym.

Co warto? Wszystko warto, bo każdy może znaleźć coś dla siebie 😉 Ja z mojej strony na pewno polecam „Indelible Heroes”, której teledysk ogromnie mnie wzruszył. Ta piosenka, jak i wspomniany teledysk, to hołd dla wszystkich „Niezapomnianych bohaterów” ze świata muzyki i popkultury, którzy opuścili nas w 2015, jak i 2016 roku. W tekście znajdziecie odniesienia do Lemmy’ego Kilmistera, ikony heavy metalu i wokalisty Motörhead, cudownego Davida Bowiego, czy Prince’a, a w teledysku znajdziecie księżniczkę Leię i profesora Snape’a… pardon, Carrie Fisher i Alana Rickmana.

Nie byłabym sobą, gdybym tej płyty nie miała w swoich zbiorach. Raz, że naprawdę lubię jazz, dwa, naprawdę kocham moją małą ojczyznę, o czym nie waham się wspominać przy każdej nadarzającej się okazji. Pochodzę z Kalisza, najstarszego miasta w Polsce (krakusi niech siedzą cicho! 😉 ). Płyta „Night in Calisia”, a właściwie „Randy Brecker plays Włodek Pawlik’s Night in Calisia” to album z 2012 roku, nagrany rok wcześniej w studiu Polskiego Radia, wraz ze wspomnianym jazzmanem Randym Breckerem, Włodek Pawlik Trio oraz orkiestrą Filharmonii Kaliskiej pod batutą Adama Klocka. To właśnie Adam Klocek zwrócił się do Włodka Pawlika z prośbą o stworzenie kompozycji z okazji 1850. rocznicy lokacji miasta. Premierowe wykonanie odbyło się w czasie koncertu w 2010 roku.

Jazz zawsze gdzieś krążył wokół mnie (w końcu, gdzie urodził się bodaj najsłynniejszy polski muzyk jazzowy, Jan „Ptaszyn” Wróblewski? Ano w Kaliszu, moi mili!), ale nasze drogi rzadko kiedy się przecinały. Odkryłam go na nowo właśnie dzięki płycie „Night in Calisia” i z całych sił trzymałam kciuki, gdy usłyszałam o nominacji do prestiżowej nagrody Grammy. Gdyby ktoś nie wiedział 😉 – tak, płyta zdobyła Grammy w 2014 roku w kategorii „najlepszy album dużego zespołu jazzowego”. Włodek Pawlik stał się pierwszym polskim muzykiem jazzowym, który zdobył takie prestiżowe wyróżnienie.

Trudno mi wybrać coś do polecenia, bo zawsze słucham albumu w całości, w takiej formie on dla mnie istnieje, więc gorąco polecam w tą jesienną smutę zawinąć się w kocyk, zrobić kawę/herbatę/kakao i dać się przenieść w inny, piękny świat 🙂 Gdyby ktoś jednak nie chciał lub nie mógł, to polecam energetyczne „Night in Calisia”, tytułowy utwór inspirowany jazzowym standardem z 1942 roku „A Night in Tunisia” autorstwa Dizzy’ego Gillespie albo zmysłową „Amber Road”, której tytuł jest nieprzypadkowy. Możemy się kłócić z Krakowem o bycie tym najstarszym, ale wiadomym od lat jest, że to przez Kalisz właśnie przebiegał słynny Szlak Bursztynowy.

Zdziwieni? W moim domu zawsze słuchało się bardzo różnorodnej muzyki. W dzieciństwie królowało wszystko. Był Dżem, Perfekt, Lady Pank, byli bardowie jak Wysocki, Okudżawa, Kaczmarski, była Maryla Rodowicz, była muzyka klasyczna, a pierwszą płytą CD, jaką dostałam od Taty było nagranie opery „Carmen”.

No i był, jest i będzie Mistrz. Jako dziecko poznałam Go, chyba jak każdy, śpiewającego sławną „Pszczółkę Maję”, potem oglądałam „Rudolfa, czerwononosego renifera”; jak jechałam na wakacje, w radio grali „Chałupy”, a Jego wykonanie „Czardasza” zawsze powoduje gęsią skórkę. Jeśli kiedyś wyjdę za mąż, chcę, aby koniecznie zagrano na moim weselu „Z Tobą chcę oglądać świat”, a jak mi źle, to śpiewam „Rzuć to wszystko co złe”…

Myślę, że twórczość pana Wodeckiego to taka muzyka, która potrafi towarzyszyć nam zawsze, niemal w każdym momencie życia, a nawet o tym nie wiemy. Chyba nie ma w Polsce osoby, która, chociaż przelotnie, nie zetknęła się z bodaj jedną z Jego piosenek. Ja ukochałam sobie najbardziej ostatnią z wydanych przez pana Wodeckiego płyt, „1976: A Space Odyssey”. Raz, że została wydana w dzień moich urodzin, co było miłym prezentem; dwa, to pełen ciepła, radości życia album, przy którym nie sposób się smucić. I tylko żal, że więcej piosenek nie będzie…

serdecznie pozdrawiam

Kasia Suchecka

http://pannakajkadzierga.blogspot.com/

P.S.

Jeśli uważasz, że w konkursie Polecam RoyaLOVE powinna zwyciężyć Katarzyna Suchecka, znajdź w bocznej szpalcie na jej blogu kod rabatowy do royal-stone.pl i dokonaj zakupów z rabatem 12%. Każde zakupy to jeden głos oddany na uczestniczkę zabawy. Zapraszamy!

 

Zapisz

Zapisz